Championat użytkowy koni rasy huculskiej -  refleksje

XIII Dni Huculskie w Gładyszowie - Regietowie definitywnie zakończyły sezon zawodów w 2007 roku. W poprzedniej korespondencji, zamieszczonej w "wiadomościach", odniosłem się do "prób użytkowych" koni huculskich, przedkładając kilka propozycji ich modyfikacji. W dzisiejszym artykule pragnę przedłożyć kilka refleksji dotyczących "Championatu użytkowego" koni huculskich, jak również kilka uwag dotyczących hodowli tej rasy koni.

Championat użytkowy koni huculskich miał w zasadzie obejmować trzy konkursy: ocenę koni na płycie, "ścieżkę huculską" oraz próbę wytrzymałościową (lub krótki rajd, jak wolą inni). Suma punktów, jakie można zdobyć w tych trzech konkursach wynosi 210 (50 + 80 + 80), z czego ocena płytowa stanowi 23,8 %. Nie wiedzieć czemu, w zawodach eliminacyjnych do Championatu rozgrywanych  w 9 ośrodkach, w żadnym przypadku nie zaliczono do końcowego wyniku próby wytrzymałościowej, mimo, iż w wielu miejscach je rogrywano. Efekt był taki, że przy zaliczeniu tylko dwóch konkursów, udział oceny płytowej koni wzrósł do 38,5 %, co utrwaliło przekonanie wielu hodowców o tym, że o końcowych wynikach zawodów decydowała w głównej mierze ocena na płycie. Stąd słuszne przekonanie, że tak w istocie w ciągu roku rozegrano 9 mini-championatów hodowlanych oraz na koniec, w Regietowie, jeden championat użytkowy. Prowadzony przez PZHK ranking koni huculskich nie odzwierciedlał w istocie walorów użytkowych klasyfikowanych koni. Dość powiedzieć, że najlepszy chyba w mijającym sezonie koń - wałach "Narcyz" pod Kasią Wrześniak, zajął w rankingu dopiero 25 lokatę, mimo, iż bezbłędnie, z maksymalną liczbą punktów, zaliczył "ścieżkę huculską". Aż 77,5 % koni z pierwszej 40-stki rankingu zaliczyło bezbłędnie "ścieżkę huculską", co potwierdza ogólne przekonanie, że przestała ona, w aktualnej formule, spełniać kryteria selekcyjne. Z dużą przyjemnością w tym miejscu należy podreślić, że bardzo wyraźnie wzrósł poziom umiejętności zawodników oraz dosiadanych przez nich koni. Wielu organizatorów zawodów czyni naprawdę duże starania, aby poprzez dodatkowe konkursy (konkurs skoków przez przeszkody, ścieżka huculska sportowa, rajdy, zawody zaprzęgowe, a nawet próby ujeżdżeniowe) pokazać znacznie większe możliwości startujących, niż wymagają tego anachroniczne regulaminy. Podczas rozmów prowadzonych z kolegami - hodowcami w czasie "Dni Huculskich", pozwoliłem sobie na konstatację, że istotny postęp w mijającym roku poczyniły jedynie konie oraz dosiadający ich młodzi jeźdźcy, natomiast organizatorom zawodów oraz twórcom przepisów i regulaminów nie starczyło fantazji i woli dla dokonania oczekiwanych powszechnie zmian. Nie chodzi o to, aby w środku sezonu zmieniać zasady rozgrywania zawodów, lecz o brak woli i zdecydowania do przeprowadzenia rzeczowej analizy tego, co się na torach jeżdzieckich i płytach wydarzyło. Jedna z niewielu okazji, aby czołowi hodowcy mogli się spotkać i porozmawiać o tych problemach, została zaprzepaszczona w piątkowy wieczór w Regietowie, gdy w wyznaczonym na spotkanie szkoleniowe czasie na sali został jedynie ... prelegent, a reszta wybrała weselsze zajęcia "w podgrupach". To źle świadczy o nas wszystkich.

Nie będę w tym miejscu odnosił się do oceny koni na płycie, bowiem temu tematowi poświęcono w wielu miejscach tak wiele krytycznych uwag, że na dalsze już nie zasługuje. Jeśli chodzi natomiast o "ścieżkę huculską", zaliczaną do championatu użytkowego, pewnym wzorem powinna być "ścieżka sportowa" rozegrana w Regietowie. Z większą liczbą przeszkód (22 - 24), większą liczbą skoków, wyższymi przeszkodami oraz dynamicznym tempem przejazdu. Ten konkurs dobitnie pokazał, że ograniczanie tempa przejazdu koni, przy prawidłowo zestawionych przeszkodach jest bzdurą i trudnym do wytłumaczenia anachronizmem. Jeśli zaś chodzi o wysokość przeszkód, uważam, że stać nas na zbliżanie się do wymogów stawianych koniom małym i kucom w konkursach WKKW, tzn 80 cm dla przeszkód stałych. Wszak w tym championacie chodzi o wyłonienie najdzielniejszych, najszybszych i najlepiej przygotowanych koni. Odnosząc się do "prób wytrzymałościowych" mam wrażenie, że skracanie dystansu, stanowiące swoistą ucieczkę przed badaniami weterynaryjnymi, obowiązującymi w "prawdziwych" rajdach, nie wyszło tej konkurencji na zdrowie. Cóż to za test na wytrzymałość konia huculskiego na dystansie 14 - 15 km? Takie odcinki przechodzą niemal wszystkie konie użytkowane podczas tras terenowych, nie mówiąc już o rajdach wielodniowych, gdzie dystans dzienny przekracza nierzadko 50 km. Wydaje się, że utrzymanie standardu minimum na poziomie 20 - 25 km w trudnym terenie, powinno być w tym konkursie przestrzegane. I ostatnia uwaga, odnosząca sie do prób użytkowych oraz prób dzielności. Dotyczy ona standaryzacji zawodów. Jest rzeczą oczywistą, że nie wszyscy organizatorzy zawodów posiadaja właściwe warunki terenowe, aby przeprowadzić konkursy na odpowiednio wysokim poziomie. Co więcej, są także organizatorzy, którzy mimo znakomitych terenów, nie czynią zbyt wielu starań, aby trasy były wymagające. Powtórzona przez dr M. Jackowskiego propozycja (Biuletyn ZHKH - wydanie specjalne), zgłaszana juz wielokrotnie w przeszłości, dotyczy zastosowania współczynników przeliczeniowych, lub innych form kategoryzacji zawodów, w celu umozliwienia porównywania uzyskanych wyników. Również ten problem od lat nie może doczekać się realizacji.

Próby dzielności koni, jak równnież championaty użytkowe, mają służyć podnoszeniu poziomu hodowli koni. To truizm. Prawdy oczywiste nie zawsze jednak trafiają do przekonania tym, którzy podejmują decyzje. W chwili obecnej trwa dość paradoksalna sytuacja, w której to hodowcy i właściciele dązą do podniesienia poziomu wymagań w stosunku do swych koni, a nie odpowiedzialni "z urzędu" za stan hodowli w kraju. Trwa nadal sytuacja, w której ważniejsze wydaje się określenie norm umaszczenia koni, niż rozpoczęcie dyskusji nad problemem "przerastania" hodowanych hucułów. Brak jest jednolitego poglądu na temat takich sposobów żywienia i utrzymywania koni huculskich, w szczególności w rejonach o niekorzystnych warunkach geograficznych, które będą zapobiegały nadmiernemu wzrostowi koni, zmianom w proprcjach ich budowy oraz wydelikaceniu organizmu. Hodowla zachowawcza stała się dla wielu okazją do pozyskiwania dodatkowych dotacji UE oraz możliwości kredytowych, przy niemal zerowej dbałości o to, by odpowiadała standardom utrzymywania tej rzadkiej rasy koni. Konie huculskie są zbyt często utrzymywane w nieodpowiednich warunkach i pomieszczeniach, są zbyt obficie żywione, nie wymaga się od nich żadnego wysiłku. Nie sądzę, aby powróciła możliwość utrzymywania tych zwierząt w tak surowych warunkach, jak na przełomie XIX i XX w, kiedy to dokładniej opisywano te rasę. Inna jest dzisiaj kultura hodowlana, inne metody pozyskiwania pasz, inna też opieka weterynaryjna. Nie da się także pominąć zgoła innego, niż przed wielu laty, sposobu traktowania tych zwierząt. Bardziej "ludzkiego", bez nadmiernej surowości i wymagań. To wszystko powoduje, że nawet w tak surowych warunkach ochowu, jak w Bieszczadach, konie huculskie przerastają wymagane normy zoometryczne. Co dopiero mówić o hodowlach nizinnych. Nie wystarczą tutaj proste na pozór metody selekcyjne, polegające na tym, że z rozrodu będą eliminowane konie o silnym wzroście i znakomitym wykorzystaniu paszy, a więc te najbardziej okazałe. Pozostawianie w dalszej hodowli koni niskich, o gorszym wykorzystaniu paszy oraz silniej reagujących na surowsze warunki odchowu i pracy, będzie bowiem swoistą selekcją negatywną. Co więcej, polska hodowla została zasilona wieloma końmi, zarówno klaczami, jak i ogierami, importowanymi z południowej strony Karpat, a więc z rejonów gdzie mile widziany jest koń większy, bardziej masywny. Jak na ironię, w chwilę później przestaje się nam ten typ konia zupełnie podobać. Wspomninałem już wielokrotnie, że zbyt wcześnie nastąpiły decyzje o zamknięciu Ksiąg Stadnych, zbyt drastycznie zaczęto zmniejszać populację koni huculskich przeznaczonych do rozrodu, pod błahymi niekiedy pozorami (np. nieprawidłowych umaszczeń), zamknięto zupełnie oczy na możliwość improtowania typowego materiału hodowlanego z Huculszczyzny ukraińskiej, nawet za cenę utworzenia czasowo "Wstępnej Księgi Stadnej" dla koni o słabo udokumentowanym pochodzeniu. Przecież do tych metod sięgali niejednokrotnie polscy (i nie tylko) hodowcy tej rasy koni w okresach drastycznego spadku populacji, lub zagrożenia wyradzaniem się koni. Te wszystkie decyzje podjęto bez szerokich konsultacji z doświadczonymi hodowcami, a nawet wbrew ich opiniom. Nie wykorzystano zupełnie faktu, że część członków ZHKH, a także Komisji Ksiąg Stadnych, reprezentuje środowiska naukowe (Akademia Rolnicza, Instytut Zootechniki), aby wspomóc intuicyjne spostrzeżenia hodowców poważnymi badaniami naukowymi, w których hodowcy mogli by na partnerskich zasadach uczestniczyć. Dlatego szczególnie boleję nad tym, że nie chcemy skorzystać z najprostszych metod prawidłowej selekcji hodowanych koni, a mianowicie rzeczywistych prób ich dzielności i użytkowości. Ulegamy w tym względzie niedobrym obyczajom panującym po "bukowińskiej" stronie Karpat, gdzie w większości przypadków (poza Rumunią) hoduje się konie bez żadnego celu użytkowego, dla samej przyjemności. Dzisiaj w Polsce, zbyt wielu hodowców poświęciło wiele czasu, nadziei i sporo pieniędzy na rozwinięcie hodowli tej rasy koni, by pozostawić ich samych z wymienionymi problemami.

Na koniec odniosę się do kilku artykułów zawartych w "Biuletynie ZHKH - wydanie specjalne", który był rozdawany z okazji "Dni Huculskich" w Regietowie. Otóż uwagę moją zwrócił fakt, że na zaledwie 5 artykułów zawartych w tym wydaniu  "Biuletynu", aż 3 dotyczą w sumie mało istotnego, chociaż przykrego epizodu z ogierem "Goral XV" (już nie żyjącym), jak gdyby było to najważniejsze wydarzenie II Międzynarodowego Czempionatu Koni Huculskich w Klikowej. Nie wiem, co napisał respondent Konia Polskiego, gdyż nie czytałem tego artykułu, a ze wspomnianego "Biuletynu" nie sposób tego wywnioskować. Wmawianie jednak wszystkim hodowcom koni huculskich oraz Czytelnikom, że każdy koń huculski, a w szczególności ogier jest aniołem, jest nieporozumieniem. Nie wolno takich rzeczy opowiadać! Każdy ogier jest zwierzęciem specjalnego traktowania. W szczególności zaś, gdy posiada kontakt z innymi ogierami i klaczami. Dlatego też ufam, że w przyszłości organizatorzy podobnych imprez i Czempionatów nieco inaczej ułożą scenariusz prezentacji i dekoracji zwycięzców, aby do minimum ograniczyć podobne wydarzenia. Nie widzę natomiast żadnego związku pomiędzy tym epizodem, a np. poziomem hodowli koni huculskich w Polsce, lub w ogóle. Co ma piernik do wiatraka? Od dawna istnieje wymóg, że z hodowli należy eliminować osobniki złośliwe, i należy poprostu ten rygor wprowadzać w życie. Jeśli nie uczynił tego p. M. Horny, poniósł tego przykre konsekwencje.

Pewnym zaskoczeniem dla mnie natomiast jest fakt tak gwałtownej reakcji "tercetu tenorów" na temat krytycznych opinii dotyczących sposobu organizacji Międzynarodowego Czempionatu w Klikowej. Otóż sam fakt, że po Czempionacie rozgorzała gwałtowna dyskusja, o czym wspomniano w artykule "Uderz w stół ..." świadczy, że były przyczyny dyskusji. Wydaje się, że każdy posiada prawo do wypowiadania własnych poglądów, byle to czynił w sposób ogólnie przyjęty za właściwy oraz nie podawał fałszywych zdarzeń. Jeśli padły krytyczne uwagi dotyczące sposobu sędziowania konkursu, rozlokowania ekip przyjezdnych, czy nie wiem jeszcze czego, należy się zastanowić, na ile są one zasadne i ... poprostu unikać następnych "wpadek". A już uwagi dotyczące chęci "... niszczenia rangi i promocji polskiej hodowli konia huculaskiego.." przez nawet najbardziej nieudany artykuł, są zgoła przesadne. Można odnieść wrażenie, że osoby, które "z urzędu" powinny brać na siebie odpowiedzialność za los hodowli konia huculskiego w kraju, i w trybie natychmiastowym reagować na wszelkie przejawy wykrzywiania wyników konkursów oraz niedoskonałości organizacyjne ważnych imprez, wolą "iść w zaparte" i udawać, że nie ma żadnego problemu. Nie dane mi było zamienić nawet kilku słów z przedstawicielami ekip zagranicznych, zatem nie mogę odnieść się do ich "wysokiej oceny" imprezy. Muszę natomiast zauważać te wszystkie krytyczne uwagi, a było ich naprawdę wiele, które zostały zgłoszone przez krajowych hodowców i obserwatorów. I nie uspokaja mnie zgoła gładkie stwierdzenie, że ".. przedstawiciele polskiej hodowli ... uczestniczą regularnie i aktywnie we wszystkich posiedzeniach HIF, zgłaszając od co najmniej 2-3 lat problemy związane z wyznaczaniem i zatwierdzaniem typu, lub typów konia huculskiego, ... sposobem sędziowania..", bowiem efektów tej regularności i aktywności poprostu nie widać. Tłumaczenie zaś w innym miejscu "Biuletynu", że dwóch polskich przedstawicieli w HIF jest w zdecydowanej mniejszości wobec pozostałych sześciu z innych krajów, nieco przypomina stary dowcip mówiący, jak to pięciu strachliwych żołnierzy argumentowało poddanie sie do niewoli dwóm wrogom, "bo ich było dwóch, a myśmy byli sami". Nie mogę bowiem przejść do porządku dziennego nad tym, że po okresie kilkuletniej prezydencji w HIF polskiego przedstawiciela oraz w sytuacji, gdy aktualnie wiceprezydentem tej organizacji jest również polski delegat, nasz kraj, mimo posiadania najliczniejszego i ponoć najbardziej wartościowego pogłowia koni huculskich na świecie, posiada w tej organizacji taką samą wagę głosu, jak każdy z naszych południowych sąsiadów, gdzie pogłowie tych koni liczy ledwie po kilkadziesiąt sztuk! Jest to zgoła wadliwy model demokracji, o czym przekonują nas także usilne starania Polski o zmianę systemu ważenia głosów w UE. Trzeba wykazać więcej determinacji i odwagi na forum HIF, aby ten chory system zmienić na bardziej racjonalny. I ten postulat nie ma nic wspólnego z brakiem gościnności, lub zamiarem psucia stosunków z HIF. Jest tylko wyrazem siły i znaczenia polskiej hodowli oraz dorobku wielu pokoleń hodowców tej rasy koni w Polsce. Najmniej przy tym obchodzą mnie ewentualne reakcje pana M. Hornego, który jako urzędujący prezydent HIF-u powinien wiedzieć, jakie postępowanie jest etyczne i dopuszczalne, a jakie nie.